Nie dostałam roweru na Komunię. Nie zakochałam się w jeździe na rowerze w dzieciństwie, ani nie odkładałam kieszonkowego na swój pierwszy “prawdziwy” rower. Tak naprawdę pierwszy rower kupiłam w wieku 25 lat. A co było pomiędzy? Szczera niechęć i podszyta strachem nienawiść do rowerów! No więc, jak do tego doszło, że pokochałam MTB i teraz nie mogę żyć bez moich dwóch kółek?
start
Moje rowerowe wspomnienia z dzieciństwa są raczej nikłe. Tato biegnący za mną na rowerze, trzymający kij od miotły zamontowany pod siodełkiem. Rodzinne wycieczki rowerowe do pobliskiego parku. Zabawy z kolegami z podstawówki w jeżdżenie w tę i z powrotem, bo “wolno tylko do końca ulicy”. Nic z tego nie zostało mi na dłużej.
Teraz jestem wdzięczna, że rodzice wypełnili obowiązek p.t. “nauczyć dziecko jeździć na rowerze”, ale wtedy nie cierpiałam tego. Tak samo denerwowały mnie te wycieczki do parku. Wzdłuż ruchliwej ulicy, po dziurawym chodniku, między ludźmi, to była jakaś męczarnia! A z rówieśnikami z sąsiedztwa za każdym razem, kiedy udało nam się wyrwać spod oka opiekunów i pojechać gdzieś dalej, w domu później czekała bura.
ziarno nienawiści
Minęło 10 lat i zaczęłam się zastanawiać o co mi chodzi z tymi rowerami. Wówczas studiowałam i dorabiałam wieczorami jako barmanka, dużo się przemieszczałam po mieście. Postanowiłam dać sobie szansę i spróbować używać roweru jako środka lokomocji.
Pełna dobrych chęci pożyczyłam rower od wujka. Ten rower wydawał mi się wówczas szczytem marzeń, miał grube opony i nawet przedni amortyzator. Byłam tak zdesperowana, że nosiłam go codziennie na plecach na piąte piętro bez windy.
Nie wiem czy ta przygoda trwała chociaż miesiąc. Pewnego wieczora przypięłam jak zawsze rower do barierki na dyżurce klubu, w którym pracowałam. Pięć minut po mnie wszedł pan, który jednym ruchem przeciął zabezpieczenie i wyniósł sobie mój rower na oczach ochroniarzy.
Do dziś mam ten film z monitoringu. Mam też, dostarczone kilka miesięcy później, zawiadomienie z policji o umorzeniu postępowania, z uwagi na nieustalenie sprawcy.
wchodzi On, cały na biało
Po tych przykrych wydarzeniach dałam sobie spokój z rowerami na dobre. Utwierdziłam się w przekonaniu, że to najgłupsza aktywność, jaką można sobie w ogóle wymyślić. I wtedy wszedł on, cały na biało, czyli Świstak, który na dwóch kółkach czuje się jak ryba w wodzie i jeździ na rowerze od zawsze.
Do tej pory nie jestem pewna, na ile to było zaplanowana strategia, ale obszedł mnie metodą małych kroczków i moje anty-rowerowe ego powoli zaczęło topnieć.

Mój chłopak kupił mi brykę! Był to… dziecięcy składak, romet Pelikan na 16’’ kołach (miałam wtedy 24 lata). Dał mi go i powiedział, że nie może patrzeć jakie to nieefektywnie, że ciągle łażę piechotą na uczelnię. Spacerem na kampus miałam około 20 min, składakiem razem z przypinaniem i odpinaniem wyrabiałam się w 10 min. Korzyść była mierzalna i niezaprzeczalna!
Ze składaczkiem polubiliśmy się tak bardzo, że jeszcze dobre dwa lata śmigałam nim po mieście na wszystkie krótkie dystanse. Odpicowaliśmy go o nowe siodełko i koszyk. Na ulicy ludzie uśmiechali się na mój widok. Kiedyś ktoś nawet mnie zaczepił żeby zrobić sobie zdjęcie, bo był to jego ulubiony rower z dzieciństwa. A w moim życiu w końcu pojawiły się pierwsze prawdziwie pozytywne wspomnienia rowerowe.
mój pierwszy własny rower
W końcu mój rowerowy mentor uznał, że czas na coś większego, bo na składaku daleko nie zajedziemy. Teraz widzę, że kluczowym w jego podejściu było to, żeby znaleźć rower, który będzie na mnie pasował. Jestem niskiego wzrostu i prawdopodobnie wszystkie rowery, na które wsiadałam w życiu były na mnie po prostu za duże. Tylko znajdując dobrze dopasowany rower była jakakolwiek szansa, że jazda na nim zacznie sprawiać mi przyjemność. Oczywiście studencki budżet nie pozwalał na żadne takie luksusy jak bikefitting.
W wieku 25 lat kupiłam więc swój pierwszy rower – Kuwaharę. Rower MTB z lat ‘90 ze sztywnym widelcem. Dałam za niego chyba 350 złotych. I wcale nie byłam przekonana co do słuszności posiadania jakiegokolwiek większego roweru, niż składaczek.

Początki znowu były okropne, jak fala wróciły do mnie rodzinne wycieczki rowerem do parku. Kojarzysz pewnie jak wyglądają osoby, które w ogóle nie jeżdżą na rowerze i nagle ktoś zabiera je na wycieczkę rowerem miejskim – to bardziej rower kieruje nimi, niż na odwrót. Ja byłam takim nieogarem, tylko do czwartej potęgi. Nie potrafiłam skręcać, wjeżdżać na krawężniki, obsługiwać przerzutek, zatrzymywać się, ruszać… A do tego towarzyszył mi Świstak, który w miejskiej dżungli na rowerze porusza się jak gepard. Myślałam wtedy, że ja kaszalot, nigdy nie będę w stanie dorównać mu tempa.
Jestem wdzięczna, że nie zabrakło mu wyrozumiałości dla mnie, bo momentami bywało ciężko. Fochy, płacze, wybuchy złości i rzucanie rowerem były prawie na porządku dziennym. Ostatecznie, to przecież on był tym najgorszym, który wyciąga mnie na to piekielne urządzenie. Ale zdarzały się też dobre momenty. Na przykład nasz pierwszy “bikepacking”, kiedy spakowaliśmy wszystko na rower i pojechaliśmy na sielski weekend pod namiot nad pobliskie jezioro.


jak pokochałam MTB
Pamiętam jak dziś naszą rozmowę, że niedaleko Wrocławia powstała jakaś nowa ścieżka rowerowa w lesie. Wtedy pierwszy raz usłyszałam słowo “singletrack” – szczerze? Dla mnie brzmiało jak “śmierć na miejscu”. Umówiliśmy się, że Świstak pojedzie najpierw z kolegą na obczajkę. Kiedy wrócili, ku mojemu przerażeniu zaczęli mnie namawiać, że powinnam spróbować.
Słowem wyjaśnienia, moje wyobrażenia o jeździe na rowerze po górach wzięły się z opowieści Świstaka. Jego pasją był downhill – ekstremalna odmiana kolarstwa górskiego, polegająca na zjeżdżaniu z zawrotną prędkością po stromych górskich zboczach. Myślę, że powinien kiedyś opowiedzieć swoją rowerową historię, bo jest skrajnie odmienna niż moja.

Tak to ja, wystraszona, zupełnie nie przekonana o swoich możliwościach stanęłam na starcie ścieżki Singletrack Suliwoods w Sulistrowiczkach pod Ślężą. To było moje pierwsze doświadczenie z jazdą w lesie po przygotowanej, wąskiej, jednokierunkowej ścieżce. Pierwsze spotkanie z profilowanymi zakrętami i rollerami. Ta wycieczka wywróciła mi świat do góry nogami. Poczułam “to coś”, kiedy wyobraziłam sobie jaką wolność może dawać rower w górach. W ile miejsc można dotrzeć, jak ekscytujące mogą być zjazdy, jeśli się opanuje technikę (a co ja wtedy wiedziałam!).
Moje górskie podboje na MTB z lat ‘90 trwały kolejne dwa lata. Wraz z nimi przyszło coraz lepsze panowanie nad rowerem, coraz większa frajda i apetyt na więcej. Zjeździliśmy masyw Ślęży i Raduni, sporą część Sudetów, a pod koniec zaliczyliśmy nawet bike park w Dolni Moravie i trasę D w Srebrnej Górze. Podjeżdżało się zwykle szutrami, a zjeżdżało nierzadko szlakami pieszymi. Nie było wówczas takich miejscówek, jak Singletrack Glacensis, Kaczawskie Single Tracki czy Family Bike Park Zieleniec, żeby w komfortowych warunkach wchodzić na kolejne etapy rowerowych umiejętności. Trzeba było brać, co jest, i tak teraz myślę, że niektóre wybory były bardzo ambitne jak na sprzęt i moje umiejętności. Cóż, twarda szkoła życia.
pełne zawieszenie
Wahałam się długo czy ten mój rower, to nie jest chwilowy zapał. W życiu próbowałam mnóstwa rzeczy i przy niczym nie zostałam dłużej. Czy to możliwe, że w końcu znalazłam swoją pasję? Serce mówiło: “idź w to!”. Postanowiłam zaryzykować.

Zainwestowałam prawie wszystkie oszczędności z pierwszej pracy zawodowej w rozwój swojej pasji. Kupiłam nowy, porządny rower. Kosztował ponad dwa razy tyle, co auto, którym wtedy jeździliśmy. Jestem finansowym typem cebuli, więc było to dla mnie istne szaleństwo. Jedna z największych decyzji w życiu i… jedna z najlepszych.
Przesiadłam się na w pełni zawieszony rower górski z prawdziwego zdarzenia – Specialized Rumor. To jakby z malucha przesiąść się do lamborghini. Tak naprawdę wtedy, w 2017 roku, zaczęłam proces odkrywania i uczenia się jazdy MTB w różnych jej odsłonach. Nowy sprzęt otworzył zupełnie nowe możliwości miejsc, w które można się wybrać.

Zaraz po zakupie spędziliśmy tydzień w Czechach odwiedzając przeróżne rowerowe miejscówki – Lipovskie i Rychlebskie Ścieżki, Bike Park Kopřivná i Kouty. Rok później porwaliśmy się na poszukiwanie dzikich tras rowerowych w Bieszczadach. To z kolei, pokazało mi co można na rowerze robić i gdzie mam największe braki w umiejętnościach. A to, dało kopa do szkolenia, jeżdżenia i ciągłego doskonalenia się. Ta motywacja i fascynacja trwa do dziś!
Oczywiście nie jestem zupełnym samoukiem, poza wspaniałym mentoringiem Świstaka, brałam udział w kilku szkoleniach rowerowych i uważam to za najlepiej wydane pieniądze. Genialną rzeczą był fakt, że przy zakupie roweru dostałam voucher na szkolenie podstawowe techniki jazdy w Srebrnej Górze. Jakiś czas później byłam uczestniczką niezapomnianego wydarzenia – Specialized Trail Women’s Days. Ostatnio pokusiłam się też o szkolenie dla zaawansowanych z Bike School w Bielsku Białej.

Pamiętaj jednak, że droga na skróty nie istnieje. Instruktorzy mogą przekazywać wiedzę i wyłapywać Twoje błędy. Jednak to Ty musisz wysiedzieć te godziny w siodełku i zrobić milion powtórzeń, żeby ciało zapamiętało jak ma reagować. Nikt nie wyćwiczy tego za Ciebie. Żeby jeździć trzeba jeździć!
podsumowanie
Gdyby ktoś 6 lat temu powiedział mi, że moją największą pasją będzie jazda na rowerze enduro, spojrzałabym na niego pobłażliwie, pukając się w czoło.
Jak śpiewał klasyk: “There’s a thin line between love and hate”.
Ta droga nie była łatwa, ale okazała się być najbardziej satysfakcjonującą przygodą na jaką się odważyłam. Trochę tu szczęścia, trochę przypadków, ale też dużo pracy i determinacji. Jeśli miałabym wybrać jedną rzecz, której mnie to nauczyło to to, że jeśli na czymś Ci zależy, to nie warto się poddawać tylko dlatego, że jest ciężko.
Na początku bywało okropnie, pojawiało się zwątpienie i często zastanawiałam się dla kogo ja to właściwie robię. Z czasem jednak, ilość dobrych chwil zaczęła rekompensować niewygody nieprzystosowanego do rowerowej aktywności ciała. Coraz częściej miłe wspomnienia wypierały z pamięci te złe i tak pokochałam MTB. Tak zostało do teraz, przesunęły się tylko granice…
W czym innym odnajduję teraz przyjemność, a co innego stanowi wyzwanie. Jazda rowerem górskim nie zawsze jest przyjemna, ba, czasem po prostu, fizycznie boli. Jednak ciało szybko się regeneruje, a w pamięci na zawsze zostaje to, co najpiękniejsze. Krajobrazy, dzika przyroda, dreszczyk emocji, ekscytacja i satysfakcja z przekraczania swoich ograniczeń. Ten efekt jest moim motorem napędowym, niewidzialną siłą, która pcha mnie w kolejne górskie wyzwania. Oby nigdy nie osłabła!


