Na wstępie pragnę Cię uprzedzić, że nie znajdziesz tu najlepszej trasy samochodem przez Jukatan, jaką można zaplanować na dwa tygodnie. Powiem więcej: myślę, że idealnie zaplanowana trasa nie istnieje. Dlatego zanim zaczniesz głowić się nad tym, jak połączyć na mapie wszystkie pinezki oznaczające miejsca, których nie możesz przegapić, powinieneś zdać sobie sprawę z kilku rzeczy.

Jak zaplanować trasę samochodem przez Jukatan?
Po pierwsze, musisz wiedzieć, że w Meksyku wszystko bardzo szybko się zmienia, plan powinien być na tyle elastyczny, żeby w razie czego można było dostosować go do sytuacji. Atrakcje niekiedy zamykają się i otwierają bez uprzedzenia, na przykład z powodu warunków atmosferycznych takich jak podwyższony poziom wody, lub huragan.
Po drugie, trzeba wziąć pod uwagę terminy – czy podczas podróży wypadają jakieś dni wolne w Meksyku i czy jest coś co chciałbyś zrobić w konkretny dzień tygodnia? Na przykład najlepszym dniem na wybranie się na uliczny targ w poszukiwaniu lokalnych smakołyków jest niedziela. Zwiedzanie ruin starożytnych Majów należy planować na godziny poranne, a z żółwiami w Akumal okazuje się, że lepiej pływać po południu.
Jeśli tak jak ja, masz skłonności do upychania jak największej liczby atrakcji w jeden wyjazd, to powinieneś dać sobie na wstrzymanie. Wspaniałych miejsc do odwiedzenia na Jukatanie jest naprawdę cały ogrom, nie da się zobaczyć wszystkiego w trakcie dwutygodniowego pobytu. Dzień lub dwa zapasu w pięknym miejscu będą na pewno lepsze, niż gdyby cały plan miał runąć niczym domek z kart z powodu opóźnienia, czy dodatkowej atrakcji, którą chciałbyś zobaczyć po drodze.

Nasza podróż samochodem przez Jukatan
Nasza podróż obejmowała Boże Narodzenie, moje 30-te urodziny i Sylwestra, daty dosyć mocno zdefiniowały więc cały wyjazd. Nie chciałam spędzić urodzin w samochodzie, musieliśmy się liczyć z tym, że w pierwszy dzień świąt wszystko będzie pozamykane, a i Nowy Rok chcieliśmy przywitać w jakimś fajnym miejscu.
Dodatkowo, podczas planowania trasy dostawałam sprzeczne informacje o tym, że niektóre – a czasem nawet, że wszystkie – strefy archeologiczne na Jukatanie są zamknięte. Na szczęście na miejscu okazało się, że wszystko, co zaplanowaliśmy było otwarte, a nawet więcej!
Mimo że starałam się nie robić zbyt napiętego grafiku, to i tak przez pierwsze dni nie udało nam się zobaczyć wszystkiego zgodnie z planem. Przy planowaniu podróży, atrakcji jest tak dużo, że naprawdę żal cokolwiek wyrzucić z programu. Później na miejscu może się jednak okazać, że na coś nie starczy czasu. Grunt, to się tym niepotrzebnie nie przejmować i przyjąć, że podróż, szczególnie w formie samochodowego “road tripu”, płynie swoim rytmem. Czasem lepiej się mu poddać i doceniać to, co przyniesie, niż walczyć w imię “planu”. Przyswojenie tej lekcji zajęło mi trochę czasu.

Mapa i opis trasy samochodem przez Jukatan
Na mapce poniżej znajdziesz całą naszą trasę samochodem przez Jukatan z zaznaczonymi głównymi atrakcjami, które odwiedziliśmy. Mapa ma warstwy więc możesz zaznaczyć tylko interesujące Cię obiekty. Pod mapą przygotowałam dla Ciebie skrót całej podróży w formie pisanej.
Dzień 1 – 36 godzin podniebnej żeglugi
Trasa: Lotnisko Cancun – Playa Del Carmen
Odległość: 55 km
Nasza podróż do Meksyku zamiast planowanych 15 godzin zajęła ponad dwa razy dłużej. Była noc na lotnisku, były opóźnienia, ale najbardziej zapamiętałam wyjście z lotniska w Cancun. Uderzenie wilgotnego gorącego powietrza z otwierających się drzwi, woń przygody. Momentalnie przestało być ważne jak długo nie spaliśmy.
Odbiór samochodu pod lotniskiem poszedł bardzo sprawnie i już byliśmy w trasie. Co prawda tylko przez 40 minut, bo tyle dzieliło nas do kurortu Playa del Carmen, gdzie zarezerwowaliśmy pierwszy nocleg byle tylko uciec od turbo-turystycznego Cancun.
Dzień 2 – samochodem przez Jukatan: rozgrzewka
Trasa: Playa del Carmen – Akumal
Odległość: 40 km

Pierwsze dni nie przez przypadek zaplanowaliśmy na plażach wybrzeża Riviera Maya. Plażowicze z nas żadni, ale była to okazja zagrzać zmarznięte polską zimą tyłki i przestawić głowy na tryb wakacyjny.
Północna część Playa del Carmen jest spokojna i mało turystyczna, a plaże mieliśmy niemal całe dla siebie. Morze Karaibskie jest ciepłe jak zupa, z wody można nie wychodzić godzinami nawet jeśli – tak jak Świstak – jest się pozbawionym naturalnej izolacji w formie tkanki tłuszczowej.
Dzień 3 – Akumal i to słynne pływanie z żółwiami
Trasa: Akumal – Tulum
Odległość: 30 km
Niespiesznie kontynuujemy podróż samochodem przez Jukatan na południe odwiedzając znane z zatoki żółwi morskich – Akumal. Żółwia co prawda udało się zobaczyć, lecz cała wizyta zostawiła w nas mieszane uczucia. Jak dokładnie wygląda pływanie z żółwiami w Akumal opiszemy w osobnym poście dedykowanym tej części półwyspu.

Drugą część dnia poświęciliśmy na odwiedzenie jeszcze jednej plaży leżącej na terenie rezerwatu Xcacel-Xcacelito, opisywanej jako rajska i kameralna. Miejsce jest naprawdę piękne, mimo iż staje się chyba coraz bardziej popularne. Wstęp do pobliskiej cenoty był niestety zamknięty.
Dzień 4 – ruiny Tulum i pierwsze cenoty
Trasa: Tulum – Valladolid
Odległość: 100 km

Intensywny dzień rozpoczynamy zwiedzaniem strefy archeologicznej Tulum położonej na klifie nad morzem. Po złapaniu jednego z najbardziej charakterystycznych kadrów z Jukatanu wybieramy się na wycieczkę łodzią, aby zobaczyć ruiny od strony wody. Dodatkowym punktem programu jest snorklowanie na pobliskiej rafie koralowej i w końcu wychodzę z wody nasycona widokiem płaszczek i żółwi.
Dalej brniemy naszym samochodem przez Jukatan w głąb lądu, w kierunku miasta Valladolid. Po drodze zażywamy jeszcze pełnych wrażeń kąpieli w cenocie Calavera, w której miłośnicy skoków z klifów znajdą coś dla siebie. Także fanki „instagramowych” fotek powinny być zadowolone za sprawą uroczej huśtawki podwieszonej w cenocie tuż nad wodą. Jedyne co nie cieszy, to cena, ale i tak uważamy, że była to jedna z ciekawszych atrakcji wyjazdu.
Wieczór w Valladolid spędzamy wedle swojego sposobu zwiedzania miast – gubiąc się i szwendając tam, gdzie oczy poniosą – bardziej czerpiąc klimat miejsca, niż kierując się planem.
Dzień 5 – wigilia w ruinach Ek Balam
Trasa: Valladolid – Tepakán
Odległość: 175 km

Nie byliśmy pewni czy i jak długo atrakcje turystyczne w Meksyku są czynne w wigilię Bożego Narodzenia. Dzień zaczęliśmy od zakupów świątecznych na miejskim targu w Valladolid. Później pojechaliśmy od jednej z najbardziej znanych cenot na Jukatanie – zamkniętej cenoty Suytun z charakterystycznym kamiennym kręgiem i małym otworem w sklepieniu jaskini, przez który majestatycznie wdziera się do środka światło dzienne.
W planach była jeszcze strefa archeologiczna Ek Balam, jednak oficjalna strona internetowa podawała, że jest zamknięta z powodu szkód wyrządzonych przez huragan. Dla pewności zapytaliśmy jeszcze obsługę cenoty – potwierdzili, więc… postanowiliśmy sprawdzić na własnej skórze. Ruiny Ek Balam nie dość, że okazały się być otwarte, to jeszcze praktycznie puste – spotkaliśmy zaledwie kilku innych zwiedzających!

Na wieczór wigilijny wybraliśmy kameralne Airbnb w małej wiosce Tepakán, a kolację zjedliśmy we dwoje w chatce z wyjściem do pięknego tropikalnego ogrodu. Tradycyjne wigilijne 12 potraw trzeba było nieco okroić – został kurczak z rożna, tortille i świeże owoce. Czego chcieć więcej?
Dzień 6 – żółte miasto Izamal
Trasa: Tepakán – Xcalacoop
Odległość: 90 km

Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia jest dniem wolnym w Meksyku, więc nie planowaliśmy żadnych atrakcji wymagających typowego wstępu. Do południa ładowaliśmy baterie zajadając się owocami na hamakach w ogrodzie. Później pojechaliśmy przespacerować się po żółtym mieście Izamal pomalowanym na ten watykański odcień po wizycie papieża Jana Pawła II.
Miasteczko nie jest duże, więc nie musisz przeznaczać na nie całego dnia, jednak żółte uliczki są tak urokliwe, że na długo zapadają w pamięć. W Izamal znajduje się też kilka piramid starożytnych Majów – to na ich gruzach wybudowano miasto. Wstęp na piramidy w mieście jest bezpłatny.
Dzień 7 – Chichen Itza
Trasa: okolice Chicen Itza
Odległość: 60 km

W końcu nadszedł czas na najsłynniejsze ruiny starożytnych Majów na Jukatanie – Chichen Itza. Byliśmy tam z samego rana, żeby uniknąć tłumów, które z uwagi na pandemiczny czas i tak były stosunkowo niewielkie. Strefa archeologiczna oferuje znacznie więcej, niż tylko piramidę główną, zatem warto zarezerwować czas do południa (i wziąć ze sobą dużo wody).
Po zwiedzaniu Chichen Itza naturalnym wyborem jest ochołodzenie się w wodach cenoty Ik Kil położonej nieopodal. Jest to ogromna otwarta studnia o głębokości 50m, z czego 30m zalane jest krystalicznie czystą wodą. Roślinność na ścianach cenoty tworzy – najpiękniejszą jaką widziałam – naturalną zieloną ścianę.
Dzień 9 – samochodem przez Jukatan do stolicy: Merida
Trasa: Xcalacoop – Celestún
Odległość: 225 km
Od celu na ten dzień – wybrzeża zatoki Meksykańskiej dzieli nas spory dystans, dlatego planujemy atrakcje po drodze. Najpierw zatrzymujemy się w cenocie Chihuán – całkowicie zamkniętej w jaskini, odkrytej przypadkowo przez właścicielkę działki podczas budowy domu.

Kolejny przystanek to Merida, stolica Jukatanu. Zatrzymujemy się blisko centrum, udaje nam się wypić pierwszą kawę speciality w lokalnej palarni Manifesto. (Jesteśmy trochę kawoszami, a Ameryka Środkowa kojarzy nam się z bardzo dobrymi ziarnami.) Później powoli snujemy się po uliczkach łapiąc klimat miejsca. Klimat niemalże wielkomiejski, jakże odmienny od dzikich i spokojnych miejsc, w których byliśmy dotychczas.
Ruszamy dalej na zachód do małej rybackiej wioski Celestún położonej nad Zatoką Meksykańską. Jest to jedno z dwóch miejsc na Jukatanie, gdzie można obserwować flamingi w ich naturalnym środowisku (drugie to Rio Lagartos). Muszę przyznać, że poczułam się tam jak wrzucona w środek autentycznego życia mieszkańców Jukatanu. Życia bardzo prostego, niezamożnego, ale spokojnego, w którym docenia się chwile i szanuje drugiego człowieka.
Dzień 10 – flamingi, ruiny Uxmal i muzeum kakao
Trasa: Celestún – Campeche
Odległość: 290 km
Wczesnym rankiem w Celestún ruszamy na rejs kajakiem po namorzynach z lokalnym przewodnikiem. Wśród tworzących tunel drzew o długich sięgających wody korzeniach obserwujemy różne gatunki ptaków. Na koniec spotykamy wygrzewające się w słońcu flamingi – nie spodziewałam się, że są aż takie duże!

Podróż kontynuujemy przez kolejną strefę archeologiczną – Uxmal. Ogromne wrażenie robią na nas oryginalne płaskorzeźby zachowane na elewacjach budowli. Niestety wchodzenie na nie jest zabronione, a trasa dostępna dla turystów obejmuje bardzo małą część strefy.
Dobrym pomysłem okazuje się wizyta w pobliskim muzeum kakao „Choco Story”. Poza bardzo obszerną i naprawdę ciekawą wystawą o historii tego napoju, znajduje się tam także schronisko dla dzikich zwierząt. Można więc spotkać się z jaguarem, nakarmić małpy, a na koniec skosztować naturalnego kakao przyprawionego wedle uznania.
Wieczorem dojeżdżamy do celu – miasta Campeche, w którym to koniecznie trzeba ponoć spróbować Pan de Cazón. Jest to meksykańska wersja lasagne w postaci tortilli przekładanych mięsem z rekina. Tak też czynimy w ramach kolacji, w otoczeniu kolonialnych kamienic czujemy się jak u siebie – gdzieś w Europie.
Dzień 11 – kolorowe miasto Campeche
Trasa: Campeche – Bacalar
Odległość: 420 km

Dzień zaczynamy spacerem po starym mieście w Campeche. Kolorowe odrestaurowane fasady domów od rana wprawiają w dobry humor, który utwierdzamy słodkim śniadaniem i czekoladowym koktajlem. Strategia ładowania endorfin okazuje się być słuszna, gdyż resztę dnia musimy spędzić w samochodzie. Pokonujemy długą trasę, aż do leżącego nad niezwykłą laguną miasta Bacalar
Po drodze spotyka nas jedna z niespodzianek wyjazdu – zatrzymujemy się przy wjeździe do strefy archeologicznej Calakmul, chcąc się upewnić czy jest zamknięta (tak podawały wszystkie nasze źródła). Ku naszemu zdumieniu dowiadujemy się, że tydzień wcześniej została ponownie udostępniona dla zwiedzających. Jest już niestety za późno na wejście, ale wpisujemy ją na listę rezerwową.
Ciekawostką na trasie Calakmul – Bacalar jest Zotz Cave czyli system jaskiń, w których mieszka około 2,5 miliona (!) nietoperzy. Co wieczór wszystkie nietoperze wylatują na żer, kłębiąc się przy wyjściu z jaskini. Spektakl ten trwa dobre 2 godziny, a zaczyna się tuż przed zmierzchem.
Dzień 12 – Bacalar: laguna siedmiu odcieni… zieleni?
Trasa: okolice Bacalar
Odległość: 10 km

Nadchodzi w końcu ten dzień, kiedy „dwójkę z przodu” bez żalu wymieniam na „trójkę”, wymarzone urodziny po ciepłej stronie globu. Wymarzone miejsce – Bacalar, laguna siedmiu odcieni błękitu, po której w marzeniach leniwe pływamy kajakiem.
Jest tylko jedno „ale”… w tym roku laguna nie jest błękitna. To z powodu bardzo dużych opadów i działalności człowieka tymczasowo straciła swój niezwykły kolor. No nic, to chociaż te kajaki. Kiedy tylko wsiedliśmy zerwała się taka wichura, że z trudem udało nam się opłynąć przystań i wrócić. Tak to właśnie czasem sobie coś wymarzysz, a potem życie weryfikuje plany.
Daleka byłam jednak od spisywania dnia na straty, pojechaliśmy więc do cenoty Cocalitos, gdzie zobaczyć można stromatolity, czyli najstarsze dowody życia na ziemi. Samo miasto Bacalar,, zdecydowanie mniej turystyczne niż wybrzeże Riviera Maya, oferuje dużo atrakcji i dobre zaplecze gastronomiczne.
Dzień 13 – Calakmul: ruiny wśród dżungli
Trasa: Bacalar – Calakmul – Bacalar
Odległość: 470 km
Na ten dzień plan był jeden – nie robić nic. Leżeć, czytać, odpoczywać nad laguną. Ale że laguna nie była do końca rajskim zakątkiem, a z tyłu głowy ciągle mieliśmy ruiny Calakmul, to długo się nie namyślając – ruszyliśmy w drogę. Podróż 175 km krajówką w jedną stronę, a potem jeszcze 60 km wąską drogą przez dżunglę, żeby dotrzeć do celu była warta każdego kilometra. Podróżowanie samochodem przez Jukatan naprawdę daję niesamowitą wolność.

Strefa archeologiczna Calakmul położona jest dosłownie w środku dżungli, a duża część budowli nadal pozostaje nieodkryta. Jest to też miejsce rekordowo wysokich piramid Majańskich na Jukatanie, najwyższa „struktura II” liczy 45 metrów od podstawy i można się na nią wspiąć. Wracając po południu widzieliśmy kilka małp przemykających sprawnie w koronach drzew nad naszymi głowami.
Dzień 14 – płyniemy na Cozumel
Trasa: Bacalar – Playa del Carmen – Cozumel
Odległość: 280 km

Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić na położonej blisko Playa del Carmen wyspie Cozumel. Po pokonaniu trasy z Bacalar zostawiliśmy samochód na parkingu w Playa i przeprawiliśmy się promem pasażerskim do San Miguel de Cozumel. Promy obsługują dwie firmy: Winjet i Ultramar, pływają na zmianę co drugi dzień i nie akceptują biletów konkurencji. Zatem jeśli planujesz popłynąć jednego dnia, a wrócić następnego to jesteś zmuszony kupić dwa osobne bilety zamiast jednego w dwie strony. Wychodzi to oczywiście drożej – takie trochę sztuczne napędzanie gospodarki. Podróż trwa około 45 minut, teoretycznie są jakieś rozkłady, ale im później w ciągu dnia tym większe spóźnienie promów.
San Miguel de Cozumel podczas naszego pobytu było zdecydowanie mniej oblegane turystycznie niż Playa del Carmen, więc może być przyjemną odskocznią jeśli nie planujesz wynajmować auta. Chociaż Cozumel słynie z przybijających tam ogromnych wycieczkowców, których w czasach pandemii akurat nie było, więc może w „normalnych” czasach wygląda to inaczej.
Dzień 15 – nurkowanie na Cozumelu
Trasa: Cozumel
Odległość: kilkanaście metrów pod wodą
Wsypa Cozumel oferuje multum różnych atrakcji, lecz najbardziej znana jest z jednych z najlepszych na świecie miejsc do nurkowania. Jestem absolutną fanką oglądania podwodnego świata, a moja ksywka: Wielo, jako skrót od „wieloryb” – przecież zobowiązuje. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji spróbować nurkowania z butlą, więc nie mogliśmy przegapić okazji i w ramach świątecznego prezentu zapisaliśmy się na „Discover Scuba Diving”. Był to kilkugodzinny program dla niecertyfikowanych nurków, podczas którego dwukrotnie zanurkowaliśmy z łodzi pod okiem instruktora. Wrażenia były niesamowite, pływaliśmy po prawdziwej rafie obserwując kolorowe rybki, koralowce i gąbki, a nawet zatopiony na płyciźnie wrak statku.

Dzień 16 – samochodem przez Jukatan: pożegnanie
Trasa: Playa del Carmen – lotnisko Cancun
Odległość: 55 km
Jemy ostatnie niesamowite meksykańskie śniadanie pełne tropikalnych owoców i rozpoczynamy nasz powrót do Polski. Mieliśmy już nie wchodzić do słonej wody przed lotem, ale nie mogliśmy się powstrzymać. Samochód udaje się zdać bez problemów. Kilka formalności na lotnisku i lecimy, tym razem krócej, bo tylko z jedną przesiadką. Piasek z plaży wytrzepujemy z włosów dopiero w domu. Natomiast przestawianie się z powrotem na zimowy czas i polski klimat to byłby temat na osobną historię.


