W 2019 roku miałam przyjemność wybrać się na Specialized Women’s Trail Days, czyli trzydniowe szkolenie rowerowe dla kobiet pod okiem instruktorów z MTB Academy w Kluszkowcach.
Osiemset osiemdziesiąt polskich złotych, bo taki był koszt tej edycji Specialized Women’s Trail Days, to całkiem pokaźny rowerowy budżet.
Jeśli dopiero się zastanawiasz czy kolarstwo grawitacyjne to w ogóle Twoja bajka i chciałabyś spróbować, ale nie jesteś pewna czy warto zainwestować, to pojawia się sporo wątpliwości. A jak mi się nie spodoba? Co, jeśli nie dam rady albo poziom będzie za wysoki? A w ogóle to nie dla mnie, bo nie mam takiego roweru. I tak dalej…
Otóż, spieszę z wyjaśnieniami.

Co, gdzie i dla kogo?
Choć w zdominowanym przez męskie grono świecie enduro szkolenia rowerowe dla kobiet nie są nowością, to Specialized Women’s Trail Days jest zdecydowanie czymś więcej, ale o szczegółach za chwilę. Wydarzenie skierowane jest do każdej z nas, która chce pojeździć na rowerze enduro w damskim gronie. Przy tym bardzo dużo się nauczyć i świetnie bawić – bez względu na wcześniejsze doświadczenie rowerowe.
Tegoroczna edycja była drugą w historii, ale lokalizacja wydarzenia nie jest stała, co moim zdaniem dodaje uroku całej imprezie. W zeszłym roku była to Srebrna Góra, tym razem wybór padł na Bike Park Kluszkowce. Podstawą jest oczywiście szkolenie, za co w tym roku dziękujemy ekipie wspaniałych instruktorów z MTB Academy.
No dobrze, więc co ja właściwie kupiłam i dlaczego moim zdaniem warto wydać te pieniądze właśnie na udział w Specialized Women’s Trail Days? Mam dla Ciebie pięć powodów.

1. Szkolenie, które pokaże Ci, że MOŻESZ
A tak naprawdę to dwa szkolenia, w których udział można było wziąć niezależnie. Pierwszy dzień to szkolenie podstawowe, drugi i trzeci dzień – szkolenie średnio-zaawansowane. Ja, podobnie jak większość uczestniczek, wybrałam oba, co złożyło się na 3 dni porządnego rowerowego treningu. Na 15 dziewczyn było 4 instruktorów, czyli po 3,75 uczestniczek na jedną parę bacznie obserwujących Twój progres oczu (co daje 1,875 uczestniczki na jedno instruktorskie oko!). Także naprawdę każda z nas mogła liczyć na indywidualne konsultacje niemal po każdym przejeździe.
Jak dla mnie, chłopaki z MTB Academy to instruktorskie mistrzostwo. Ich doświadczenie i sposób przekazywania wiedzy idealnie się uzupełniają. Metodyka szkolenia jest tak dopracowana, że jesteś w stanie załapać wszystko po kolei bez nadmiernego mętliku w głowie.
Dzień 1 (szkolenie podstawowe – 4h)
Podstawy są kluczowe to każdy wie (a przynajmniej wiedzieć powinien!). W tym czasie skupiliśmy się właśnie na tych kilku zasadniczych elementach jazdy w górach i na trasach – opanowanie roweru i swojej pozycji na nim, hamowanie, tłumienie przeszkód, zakręty otwarte i profilowane. Na samym początku nie zabrakło też oczywiście czasu na omówienie i indywidualnie ustawienie sprzętu. Większość czasu spędziłyśmy na (swoją drogą świetnie przygotowanym) placu manewrowym. Na koniec miałyśmy jeszcze okazję przećwiczyć poznane elementy w terenie na najłatwiejszej trasie Bike Parku.

Chociaż moja przygoda z enduro zaczęła się już jakiś czas temu (ale to akurat temat na osobną historię) i brałam już wcześniej udział w podobnym szkoleniu, to bardzo sobie cenię czas spędzony w Kluszkowcach. Kiedy jesteś na takim etapie, że podstawowe elementy jazdy masz już opanowane i na trasach czujesz się w miarę swobodnie, to właśnie jest idealny moment na ponowne przyjrzenie się sobie i skorygowanie techniki. Po pierwsze wyeliminujesz ewentualne błędne nawyki, które zaczynają się w Tobie ucierać, a po drugie przecież zawsze można coś poprawić!


Dzień 2 (szkolenie średnio-zaawansowane – 8h)
Dzień drugi rozpoczęliśmy od szybkiej powtórki z zakrętów, lecz tym razem nasze poczynania uwieczniono na video dla późniejszej analizy. Jak w większości wystąpień publicznych poszło mi raczej kiepsko i osobiście uznałam ten przejazd za jeden z najgorszych. Okazało się, że nie było jednak tak źle. A popatrzeć na siebie z boku na nagraniu to cenne i dające dużo do myślenia doświadczenie.

Dalszą część szkolenia odbyła się w dwóch grupach – bardziej techniczna (aka „grupa śmierci”) z Mateuszem i Szymonem oraz bardziej „chilloutowa” (nie mylić z łatwa) pod przywództwem Krisa i Maćka. W pomniejszonych ekipach jeszcze przed południem ruszyliśmy na trasy, a mój przejazd po zakrętach zaowocował przydziałem do pierwszej z nich. Bardzo przypadła mi do gustu formuła jazdy zaproponowana przez instruktorów. Na zmianę zjazd z pełnym flow i zjazd z omówieniem i przećwiczeniem konkretnej sekcji (bandy, czytanie linii, tłumienie i pompowanie na przeszkodach, step-upy). Rozjechałyśmy się po górze Wdżar jak po najlepszym placu zabaw! Bardzo szybko w naszej grupie wypłynęło wspólne pragnienie nauki skoków.

Na blok poobiedni zaplanowany był wyjazd na Słowację do miejscówki Lechnica Trails, lecz nasi instruktorzy dostali wiadomość, że w okolicy odbywać się ma polowanie. Zatem na wszelki wypadek wyjazd przełożyliśmy na dzień następny. Z entuzjazmem wróciłyśmy więc na plac manewrowy. Tam omówiliśmy technikę pokonywania przeszkód na szlaku (kłody, duże kamienie), dropów i odbyłyśmy nasze pierwsze loty. Wszystko w sposób bezpieczny i kontrolowany, co dawało dużo pewności siebie. Dalej przyszedł czas na sprawdzenie się w terenie, gdzie na sekcji trasy A-Line zaprzyjaźniałyśmy się jeszcze bliżej z odrywaniem kół od ziemi.

Po całym dniu czułam się wykończona zarówno fizycznie jak i psychicznie od przyswajania wiedzy i dawania z siebie wszystkiego. Ale pamiętam tę myśl, że gdyby nie to, że padam z nóg, to skakałabym z radości. Był to zdecydowanie jeden z najbardziej efektywnych rowerowych dni jakie przeżyłam! Ssatysfakcja z tego że coś, w co wkładasz całe serce i pełne poświęcenie w końcu zaczyna Ci wychodzić jest nie do opisania.
Dzień 3 (wyjazd do Lechnicy i niespodzianka)
W związku ze zmianą planów nie do końca wiedziałyśmy jak będzie wyglądał ostatni dzień. Zapadła decyzja, że czeka nas już tylko wyjazd do Lechnicy i nie wracamy ze szkoleniem na trasy w Kluszkowcach. Ale jak to? Instruktorzy przecież jeszcze tyle elementów obiecali nam pokazać. Zapadłam w sen tej nocy z lekkim poczuciem niedosytu.
Przedpołudnie w Lechnicy pod względem szkoleniowym nie było tak intensywne jak poprzednie dni. Wycieczka miała za to zupełnie inne walory, które zadecydowały o tym, że wątpliwości czy nie lepiej byłoby poświęcić ten czas na katowanie tras w bikeparku, przerodziły się w ochy i achy zachwytu. Lechnica zasłużyła zatem na osobny punkt w moim zestawieniu, a więc o wycieczce możesz przeczytać dalej.
Miła niespodzianka natomiast czekała na nas po powrocie. Nasi instruktorzy zgodzili się wypełnić plan do końca i dla wszystkich chętnych poprowadzić jeszcze parę godzin szkolenia w Kluszkowcach. Mnie nie trzeba było namawiać chociaż upalne przedpołudnie w Lechnicy odbiło się mocno na moim samopoczuciu. Jako osoba, która bardzo szybko się przegrzewa i słabo znosi wysokie temperatury miałam już solidny ból głowy. Ale za to jaką ulgę przynosił powiew wiatru na twarzy przy zjeździe!

Wróciliśmy do omawianej dzień wcześniej techniki dropów i skoków. Tym razem odważnie pokonując większe uskoki, delikatnie rozsuwając wybicie od lądowania. Nauka metodą małych kroków sprawdza się tu doskonale. Pozwala wykraczać poza strefę komfortu, ale jednocześnie jest to w miarę bezpieczne. Na koniec jeszcze parę płynnych zjazdów trasą A-Line, drop i skoki w terenie. Można było poczuć flow. Można było poczuć się pewnie i bezpiecznie. Nie można było zdjąć banana z twarzy. W takiej atmosferze zakończyliśmy szkolenie i pożegnaliśmy się z naszymi instruktorami. Chyba ostatecznie nikomu nie było mało.
2. Singletrails Lechnica – miejscówka, której nie zapomnisz
Poranek trzeciego dnia Specialized Trail Days, rozgardiasz, wesołe rozmowy i atmosfera zapowiadająca nową przygodę. Ekipa Joyride dosyć sprawnie pakuje wszystkie nasze rowery do busów. Po pół godziny pięknej widokowej trasy i przekroczeniu Słowackiej granicy jesteśmy na parkingu przy początku singli.
Na tą niewielką miejscówkę składają się: sążny singlowy podjazd (Griftof uphill), dwa signle zjazdowe – Griftof i Spica oraz trasa enduro (Gvizd). Ciekawostką jest, że wszystkie trasy pozostają nietknięte łopatą koparki, a w całości wybudowane zostały ręcznie. Ludowe podania głoszą, że pomysłodawca podjął się aktywizacji miejscowej gawiedzi, której głównym zajęciem było spożywanie życiodajnych nektarów pod murami sklepu. Zamiana flaszki na łopatę okazała się być nadzwyczaj korzystna dla obu stron i zaowocowała budową tras rowerowych na okolicznym wzniesieniu. Otwarcie singli tchnęło trochę życia w tę małą zapomnianą miejscowość, a ekipa wciąż dba i rozbudowuje trasy. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki i brać przykład z takich inicjatyw.
W myśl zasady, że obraz wart jest więcej niż tysiąc słów…





Będąc w okolicy naprawdę warto odwiedzić tę miejscówkę!
3. Atmosfera, która da Ci kopa
Jeśli do tej pory nie czujesz mrowienia z tyłu głowy zwanego rowerową zajawką, to dorzucę jeszcze. Coś, przed czym nie dało się obronić. A była to naprawdę wyjątkowa atmosfera wydarzenia. Faceci są spoko, to wiadomo, ale jazda bez testosteronu, bez napinki i bez obgadywania wszelkich detali technicznych sprzętu jest rzadkością. Szczególnie w środowisku, w którym dziewczyny stanowią może 10%. Były babskie tematy rowerowe, wymienianie się doświadczeniami o objeżdżonych miejscówkach, ale przede wszystkim wzajemny doping i energetyczny kop, jakiego dawałyśmy sobie nawzajem.
Po godzinach w siodle można było zregenerować siły w hotelowym SPA na naprawdę przyzwoitym poziomie. Do dyspozycji było jacuzzi, dwie sauny i grota solna. Organizatorzy zadbali, żebyśmy także wieczorami się nie nudziły i nie zapomniały po co przyjechałyśmy…


Pierwszego dnia plenerowe kino rowerowe przy kraftowym piwku, a drugiego wieczora integracyjne ognisko i rowerowe gadżety do wyhaczenia.
4. Testy technologii, o których nie miałaś pojęcia, że istnieją
Rowery Specialized
No dobra, o ich istnieniu akurat każdy wie, ale nie każdy ma możliwość przetestowania w warunkach terenowych kilku modeli. Podczas wydarzenia miałyśmy do dyspozycji Epic, Epic Evo, Stumpjumper’a, Enduro i wspomaganego elektrycznie Levo. Każda z dziewczyn, która nie posiada własnego sprzętu dostała dopasowany pod siebie rower na cały czas trwania wydarzenia. A więc wymówka o braku odpowiedniego sprzętu – zdyskwalifikowana.
Moja Plotka (Spec Rumor) spisywała się bardzo dobrze, chociaż ślinka ciekła mi na widok nowego Enduro. Ostatecznie byłam zbyt zaaferowana szkoleniem i sama nie ogarnęłam dobrego momentu żeby dosiąść „czegoś poważniejszego” czyli maszyny stricte enduro. Temat do powtórki w przyszłym roku.

Siodło dla kobiet
Też mi odkrycie! Przecież jest milion rodzajów damskich siodełek. Tak, ale okazuje się, że „damska” geometria wcale nie jest podparta jakimiś głębszymi badaniami ergonomicznymi. W przeciwieństwie do literatury naukowej dotyczącej siodeł męskich – zaskoczona? Tak, ktoś badał przepływ krwi przez męskie krocze na wszelakich typach siodełek.
Specialized wyszło o krok do przodu i postanowiło zgłębić tę zagadkę. Okazało się, że jednak trochę się fizjonomicznie różnimy w paru miejscach. Dostosowywanie męskich geometrii siodeł do naszych potrzeb nie daje wystarczającego komfortu i że generalnie warto zainwestować w nowe badania. Tak powstała technologia MIMIC, o którą wzbogacono siodło Specialized Power. Po detale odsyłam do strony producenta. Tak w skrócie chodzi o to, że materiał siodełka ma dopasowywać się do tkanek miękkich – odwzorowywać je, a nie uciskać. Wycięcie siodełka zastąpiono miękkim elastomerem, a sam nos wyścielono super mięciusią pianką.
Moje wrażenia
Nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi na siodło. Większość czasu na rowerze spędzam w górach, gdzie przy przewadze zjazdów, siodełka nie trzeba zbyt wiele używać. Za to przy dłuższych tripach lub wypadach na szosie po prostu uznałam, że ból to naturalna kolej rzeczy. Jak się tylko usiądzie na Power Mimic to naprawdę czuć różnicę. A po całym dniu jeżdżenia na nim mam tylko jedno do powiedzenia, cytując Alison Tetrick ze spotu promocyjnego: Your vagina will thank you! No kupili mnie. Szczególnie w momencie kiedy w czasie długiego podjazdu w Lechnicy nie czułam dyskomfortu i nic mi nie zdrętwiało, szok!
Trzeba być świadomym, że siodło to bardzo indywidualna sprawa i to, co jednym pasuje innym może wcale. Nie wiem czy technologia Mimic to recepta na całe zło, ale na pewno warto wziąć ją pod uwagę i przetestować. Z tego co się orientuję, siodełka Specialized można wypożyczyć do testów w punktach sprzedaży. Zostawia się zaliczkę 150 zł, o którą obniżana jest końcowa cena wybranego siodełka. Jest też możliwość umówienia się na darmowe testy u ambasadorek Specialized – Eweliny i Aliny. Cena modelu Power z technologią Mimic zaczyna się od 400 zł. Muszę podreperować rowerowy budżet zanim się zdecyduje, ale kiedy to nastąpi na pewno zamieszczę moje wrażenia po dłuższym czasie użytkowania.

Słuchawki kostne
A dokładniej: słuchawki wykorzystujące przewodnictwo kostne. Czyli takie, które zamiast wkładać do ucha, mocuje się na zewnątrz tuż przy skrawku ucha. Wytwarzane drgania przekazywane są przez nasze kości policzkowe prosto do ucha środkowego z pominięciem błony bębenkowej. Chłopaki z MTB Academy wyczarowali dla nas do testowania model Aftershokz Trekz Air.
Kiedyś nie wyobrażałam sobie wyjść z domu bez ulubionej muzyki na słuchawkach. Dzisiaj nie wyobrażam sobie wsiąść w mieście na rower ze słuchawkami w uszach. Uważam, że odcinanie się od dźwięków otoczenia to dobrowolne narażenie swojego (i tak wątpliwego na naszych polskich drogach) bezpieczeństwa. Słuchawki kostne wydają się być niezłym rozwiązaniem, bo pozwalają słuchać muzyki bez odcinania się od świata zewnętrznego. Jak to wygląda w praktyce?
Pierwsze wrażenie było nieco dziwne, jakby dźwięki wydobywały się gdzieś z wnętrza mojej głowy. Po chwili jednak się przyzwyczaiłam i było to uczucie przyjemnej muzyki w tle niezagłuszającej tego, co się dzieje wokół. Jakość dźwięku była całkiem przyzwoita, chociaż trzeba mieć na względzie, że nie jest to rozwiązanie dla melomanów, raczej dla ludzi aktywnych. Muzyka towarzyszyła mi przez całą wycieczkę do Lechnicy, więc otoczenie było raczej ciche. Chętnie wypróbowałabym je jeszcze raz w ruchu ulicznym, bo zapowiadają się naprawdę dobrze. Cena modelu Air na stronie producenta to na chwilę obecną 549 zł, jego poprzednika – modelu Titanum – 379 zł, a najnowszy model Aeropex kosztuje 729 zł.
5. Sponsorzy, którzy Cię rozpieszczą
Bonusów, gadżetów i szmerów-bajerów było naprawdę sporo. Poczynając od zestawu powitalnego od Specialized, na który składały się: koszulka, czujnik ANGI, bidon, magazyny Szosa i Bike. A wszystko gustownie opakowane w woreczek Speca. Przez cały czas nie zabrakło RedBulków, które dodawały nam skrzydeł na szkoleniu, a po nim kraftowego piwa z browaru Antybrowar.


Prawdziwy wysyp nagród nastąpił podczas ogniskowego konkursu, gdzie rozlosowano tyle rzeczy, że ciężko będzie to wszystko wymienić. Na pewno były dwa kaski Specialized Tactic, ochraniacze na łokcie i kolana ION’a, gogle od Leatt’a, kosmetyki od Mydlarni Cztery Szpaki, multitoole, koszulki, czapki… Przy odrobinie szczęścia można było wyhaczyć naprawdę fajny zestaw. Chociaż ja akurat jestem osobą której los daje mydło… a potem jeszcze drugie mydło. 😉
Specialized Women’s Trail Days 2019 – Podsumowanie
Od początku miałam przeczucie, że Specialized Women’s Trail Days to będzie epicki weekend i mój nos tym razem mnie nie zawiódł. Ogromna dawka wiedzy i dobrze dobrane ćwiczenia praktyczne zaowocowały progresem jakiego się nie spodziewałam po trzech dniach treningu. Oczywiście jeszcze dużo praktyki przede mną, żeby wyćwiczyć wszystko do perfekcji. Ale z uporządkowaną wiedzą, świadomością złych nawyków i spokojną głową wiem w którą stronę mam iść.
Nie wyobrażam sobie bardziej sprzyjającego klimatu do rozpoczęcia przygody z enduro niż szkolenie rowerowe dla kobiet. Dla mnie obecność dziewczyn, szczególnie tych z większym skillem była bardzo motywująca. Wisienkami na torcie były powalające widoki na wycieczce do Singletrails Lechnica, testy rowerów, siodełek i słuchawek, wieczorna integracja przy pysznym piwku, czy też regeneracja sił w jacuzzi.
Czy cena była zbyt wygórowana? Jak na zakwaterowanie z wyżywieniem (śniadania, obiadokolacje) i dostępem do SPA, 15 godzin szkolenia rowerowego na najwyższym poziomie, wycieczkę na Słowację, bezdenne lodówki RedBulla i inne naprawdę fajne nagrody od sponsorów – jak dla mnie nie. Nie zapominając o atmosferze, której nie da się przecież przeliczyć na cebuliony.

Na dokładkę: parę słów od organizatorów Specialized Women’s Trail Days
Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zapytać naszych organizatorów jakie oni mieli wrażenia ze Specialized Women’s Trail Days. Zapytałam więc Marię – inicjatorkę całego wydarzenia oraz chłopaków z MTB Academy, przeczytaj co mi odpowiedzieli.

Maria Kostacińska
Marketing CoordinatorPodczas szkolenia zdradziłaś nam, że Specialized Women’s Trail Days to Twoja własna inicjatywa. Skąd wziął się pomysł na organizację akurat takiego wydarzenia w Polsce?
Kiedy zaczęłam pracować w Specialized, jedną z pierwszych rzeczy, za które się zabrałam była organizacja szosowych jazd grupowych dla kobiet. Sama od kilku lat jeździłam na rowerze szosowym i znałam specyfikę jazdy w grupach mieszanych, które w Polsce zawsze zdominowane są przez mężczyzn. Jazda z prędkością światła, skutkująca urwaniem kobiet z grupy, lub traktowanie nas jak maskotek były na porządku dziennym.
Kiedy poznałam środowisko enduro, okazało się, że sprawa wygląda podobnie. Kobiet w bikeparkach jest maksymalnie 10%, nadal traktowane jesteśmy jak ewenement lub spotykamy się z niechcianymi komentarzami.
Najlepszym sposobem na zmianę, jest pokazanie dziewczynom, że mogą jeździć na swoich zasadach, tak jak im się podoba. Właśnie to było dla mnie motywacją do stworzenia wyłącznie kobiecego eventu szkoleniowego. Sprawa formuły była bardzo prosta – postawiłam siebie w roli uczestniczki i zastanowiłam się, jak dla mnie wyglądałby idealny wyjazd rowerowy, a potem zaczęłam wcielać to w życie.
W organizacji pierwszej edycji Trail Days bardzo pomógł mi Marcin Górski z SGR Specialized oraz dwie instruktorki – Iwona Kurczab i Kasia Burek. Po sukcesie pierwszego Trail Days, nie było opcji żeby nie zorganizować eventu w tym roku.
Jak oceniasz tegoroczną edycję? Czy wszystko się udało tak, jak zaplanowałaś?
Tegoroczna edycja przerosła moje oczekiwania pod wieloma aspektami. Po pierwsze event cieszył się ogromnym zainteresowaniem i nawet kilka dni przed wydarzeniem dostawaliśmy zapytania o możliwość wzięcia udziału. Nic nie cieszy mnie tak, jak dziewczyny, które chcą jeździć na rowerach <3.
Drugim aspektem, który mnie bardzo zaskoczył było tempo postępów w nauce wszystkich uczestniczek. Ogromne brawa należą się chłopakom z MTB Academy, którzy pokazali jak dobrymi są instruktorami. W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że drugiego dnia eventu wszystkie uczestniczki będą skakać i praktycznie przepychać się w kolejce do dropów. To doskonale pokazuje, że popularny stereotypy o tym, że dziewczyny jeżdżą wolniej lub mają mniej odwagi można włożyć między bajki. Wystarczy zapewnić kobietom bezpieczne środowisko do nauki i dobrego instruktora, żeby przekonać się, o tym, że jeździmy dokładnie tak samo jak mężczyźni.
Na żadnym evencie nie wszystko idzie zgodnie z planem. Organizacja wydarzeń to ciągłe lawirowanie między prośbami i uwagami od uczestniczek i szukanie rozwiązań, ale to po prostu specyfika tej pracy. Każda z dziewczyn wyjeżdżała z uśmiechem na ustach i to jest dla mnie najlepszą miarą sukcesu tegorocznego Trail Days.
Za sukces tegorocznej edycji odpowiada kilka osób: mój menager Paweł, który codziennie wspiera mnie w realizacji wszystkich prokobiecych inicjatyw, Robert, który sprawuje opiekę techniczną nad rowerami, Mateusz, który utrwala nasze poczynania aparatem fotograficznym i wszyscy instruktorzy z MTB Academy, którzy sprawili, że każda z dziewczyn czuła się na trasach jak Loic Bruni.
Wybiegając myślami w przyszłość, jak wygląda Twoje wymarzone Specialized Women’s Trail Days za parę lat?
Przejmujemy Joy Ride Festiwal i robimy to samo, tylko dla dziewczyn 😀 Tak na poważnie, cały czas najbardziej zależy mi na dziewczynach, które dopiero zaczynają jeździć na rowerze i to na nich chciałabym się skupić w nadchodzących latach.
Bardzo zależy mi na utrzymaniu pozytywnej atmosfery eventu, którą najlepiej opisuje angielskie słowo „empowering”. Chcę, żeby każda uczestniczka wyjeżdżając z Trail Days czuła się pewna swoich umiejętności i nie bała się sama jeździć na rowerze.
Jeśli załapiesz tego bakcyla, to tak naprawdę, moje zadanie zostało wykonane – ruszaj na trasy i baw się w rower, bo o to w tym wszystkim chodzi. O dobrą ZABAWĘ.

Piotr Janik
InstruktorW kolarstwie grawitacyjnym przeważającą część stanowią mężczyźni. Jak pracowało się Wam z naszą babską ekipą ? Może jest coś czego panowie mogliby się od nas nauczyć?
Z waszą ekipą pracowało się bardzo przyjemnie, dziewczyny bardzo przykładały się do ćwiczeń, wkładały w to mnóstwo serca, myślimy że to może być właśnie to czego męskie grono mogłoby się od was nauczyć.
Poza tym zastanawianie i myślenie nad tym co robimy. Jestem mężczyzną i wiem, że z myśleniem bywa różnie. Co jest dobre i złe. Kobiety często myślą za dużo co powoduję upadki z lęku przed przeszkodami. Mężczyźni zaś odwrotnie, z reguły mają kłopoty przez to, że zamiast myśli stawiają na siłę i prędkość. Tutaj powinniśmy wymieniać się doświadczeniem i spotkać po środku 😉
Czy macie jakieś rady dla dziewczyn, które chciałyby spróbować kolarstwa grawitacyjnego, ale wciąż się wahają? Coś na zachętę od czołówki polskich instruktorów MTB 🙂
Tutaj zdecydowanie trzeba powiedzieć, że WARTO spróbować. Jest to świetna zabawa dla każdego. Tutaj wracamy do poprzedniego punktu, czyli punktu wyjścia. Kobiety przez zastanawianie się co może się stać często rezygnują z bardziej ekstremalnych sportów, nie mając absolutnie mniejszych preferencji od każdego mężczyzny. Liczą się chęci i przede wszystkim rozsądek, co jest najważniejsze i najlepiej uczyć się tego na szkoleniach. Krótko mówiąc”nie taki rower straszny jak go malują” i więcej wiary w siebie, bo kobiety to nie jest wcale słabsza płeć 🙂
📷 99% zdjęć użytych w artykule jest autorstwa niezawodnego Mateusza „Szacha” Szachowskiego

